Jak sąsiedzi stają się klientami, czyli o marketingu na lokalnym podwórku
Założyłem firmę budowlaną piętnaście lat temu. Przez pierwsze lata biłem głową w mur, przekonany, że klienci przyjdą za sprawą wielkich reklam w gazecie i ulotek w tysiącach skrzynek. Wydałem mnóstwo pieniędzy. Efekt? Cienki. Pewnego dnia, gdy stojąc na placu budowy w Lubiatowie, patrzyłem na domy wokół, doznałem olśnienia. Moim największym rynkiem nie jest anonimowe miasto,…
