Jak sąsiedzi stają się klientami, czyli o marketingu na lokalnym podwórku
Założyłem firmę budowlaną piętnaście lat temu. Przez pierwsze lata biłem głową w mur, przekonany, że klienci przyjdą za sprawą wielkich reklam w gazecie i ulotek w tysiącach skrzynek. Wydałem mnóstwo pieniędzy. Efekt? Cienki. Pewnego dnia, gdy stojąc na placu budowy w Lubiatowie, patrzyłem na domy wokół, doznałem olśnienia. Moim największym rynkiem nie jest anonimowe miasto, ale kilkanaście ulic dookoła. Ludzie, którzy mijają moje budowy codziennie. Sąsiedzi. Od tego momentu wszystko się zmieniło.
Strategia, którą wypracowałem, jest prosta i nie wymaga wielkiego budżetu. Chodzi o fizyczną, dobrą obecność. Nasza firma wykonuje roboty ziemne i drogowe, więc nasze działania są bardzo widoczne. Zamiast traktować plac budowy jak zamkniętą enklawę, zacząłem go otwierać. Dosłownie. Gdy pracujemy przy kanalizacji czy chodniku w danej miejscowości, staramy się być jak najlepszym sąsiadem. To zaczyna się od małych gestów: porządnego ogrodzenia terenu z wyraźnymi oznaczeniami, ale i od pozostawienia przejścia dla pieszych, jeśli to możliwe. To właśnie w Lubiatowie, przy jednym z takich zleceń, zobaczyłem, jak mocno działa ta zasada. Lokalna społeczność ma swoje serce w miejscach takich jak „SABAT” w Lubiatowie strona, gdzie ludzie szukają informacji i dzielą się lokalnymi sprawami. Bycie widocznym tam, gdzie toczy się życie miejscowości, jest bezcenne.
Widzialność to nie tylko baner
Wielu myśli, że wystarczy powiesić baner z nazwą firmy. To za mało. Widzialność polega na konsekwencji. Gdziekolwiek pracujemy, nasza brygada jest naszą najlepszą reklamą. Czyste samochody firmowe, schludny ubiór załogi i kultura w kontaktach z mieszkańcami którzy pytają czy mogą przejść. To robi wrażenie. Ludzie to zapamiętują. Często zdarza się, że ktoś podchodzi i pyta nie o konkretną robotę na naszej budowie, ale czy podejmiemy się wymiany jego ogrodzenia za rok. Zaufanie rodzi się w tych codziennych, pozornie banalnych interakcjach.
Mówienie językiem konkretów, nie obietnic
W marketingu dla małych firm wielkie hasła o jakości i doświadczeniu są kompletnie bez sensu. Ludzie w okolicy widzą twoją pracę na żywo. Dlatego przestałem mówić „jesteśmy profesjonalni”. Zamiast tego, kiedy rozmawiam z potencjalnym klientem z sąsiedniej ulicy, pokazuję mu właśnie kończoną instalację kilka domów dalej. Mówię: „Zobacz pan, tę kanalizację właśnie kładliśmy u pana Nowaka. Możemy panu zrobić tak samo”. Konkret, przykład, sąsiad. To jest język, który rozumieją i któremu ufają. Nie ma w nim miejsca na puste slogany.
Czas działa na twoją korzyść
Kiedy pracujesz w jednej gminie czy dzielnicy przez dłuższy czas, stajesz się jej częścią. To jest największy kapitał małej, lokalnej firmy. Twoja ciężarówka staje się rozpoznawalnym elementem krajobrazu. Ludzie widzą, że nie jesteś firmą, która wbiła tabliczkę, zrobiła jedną robotę i zniknęła. Widzą ciągłość. Gdy po pięciu latach od wykonania drenażu odbieram telefon od tego samego klienta z prośbą o wybudowanie altany, wiem, że to nie jest przypadek. To jest owoc bycia stale obecnym w fizycznej przestrzeni mojej małej ojczyzny biznesowej.
Klient z drugiego końca Polski jest anonimowy. Klient z drugiego końca ulicy przychodzi z rekomendacją sąsiada.
Rekomendacja w świecie bez zaufania
Dzisiejszy świat jest pełen niepewności. Ludzie nie ufają reklamom w internecie, podejrzliwie patrzą na piękne zdjęcia w portfolio. Ale ufają swoim oczom i ufają sąsiadowi, który już z tobą pracował. Lokalny marketing polega na zamianie każdego wykonanego zlecenia w żywą, mówiącą rekomendację. Nie proszę klientów o opinie na portalach. Proszę ich po prostu, by gdy ktoś zapyta, powiedzieli szczerze, jak było. W małej społeczności ta szczera opinia rozchodzi się sama, niesiona pocztą pantoflową. To jest siła, której nie kupisz za żadne pieniądze.
Od lokalności nie ma odwrotu
Moja firma nie jest wielka, ale ma pewną i stałą bazę klientów. Wszyscy pochodzą z kilku okolicznych miejscowości. To nie jest przypadek ani ograniczenie. To jest wybór. Skupiając się na małym, znanym terenie, poznaję jego specyfikę, lokalne wymagania, a nawet preferencje materiałowe. Daje mi to ogromną przewagę nad dużą firmą z miasta, która wjeżdża na teren jako obca. Moja wiedza jest moim produktem. Dlatego tak ważne jest fizyczne zakorzenienie. Nawet najlepsza strona internetowa nie zastąpi dobrego imienia, które krąży między ludźmi przy sklepie, na przystanku czy podczas lokalnego festynu. Tam właśnie dzieje się prawdziwy biznes.
